Rzecz o emocjach.

Kennedy Space Center, lokalnie znane jako Miasteczko Biegacza.
Kennedy Space Center, lokalnie znane jako Miasteczko Biegacza. mat. własne
Zwykle jestem opanowany. Nie daję się ponieść emocjom. Zarówno tym dobrym, jak i tym niezdrowym. Nawet "królowie lewego pasa" na trasie szybkiego ruchu czy naśladowcy Sebasitana Loeba na zatłoczonych ulicach Warszawy nie są w stanie wytrącić mnie z mojego dobrostanu. Analogicznie sytuacja wygląda, gdy dotyczy to biegania.

Biegam niezbyt długo. Regularnie jeszcze krócej. Nie mniej jednak w kilku większych imprezach biegowych miałem okazję wziąć udział i dane mi było zakosztować smaku rywalizacji na wysokim poziomie. W maratonie jednak do tej pory nie startowałem i jako absolutny dyletant w tym zakresie dokonywałem prostej prostej ekstrapolacji znanego mi dystansu półmaratonu z Warszawy czy choćby z mniejszej Wiązownej - przecież to tylko dwa razy więcej, więc powodów do niezdrowej ekscytacji zbyt wielu wielu nie mogłem znaleźć. Aż do wczoraj.

Wczoraj bowiem udałem się na błonia Stadionu Narodowego żeby odebrać pakiet startowy na Orlen Warsaw Marathon. I w miarę jak zbliżałem się do celu podróży mijając po kolei bramę startową na Wybrzeżu Szczecińskim, miasteczko biegacza przy stacji PKP i bramę mety, przy jednocześnie co raz większym zagęszczeniu ludzi paradujących z workami z białym napisem "42,195 KM" na czerwonym tle, czułem jak rośnie moje podekscytowanie, którego przyczyny nie byłem w stanie dokładnie określić. Jednak gdy odebrałem czekającą na mnie "sakwę maratończyka" o niepozornym numerze 3941, zrozumiałem tę udzielającą się i mi atmosferę podniecenia. Mimo, iż jeszcze nie ukończyłem biegu i wciąż ten królewski dystans pozostaje przeze mnie niezdobyty, to przez chwilę poczułem się częścią biegowego święta. I choć daleki jestem od apoteozy biegania jako czynności uwznioślającej i przybliżającej do prawdziwej transcendencji, to wczoraj faktycznie dotarło do mnie, że biorę udział w czymś wyjątkowym. I choć obiektywnie nie jest to misja Apollo, której celem było zdobycie srebrnego globu, to każdy może zostać Buzz'em Aldrinem w świecie swoich własnych celów. Rok temu nawet nie wyobrażałem sobie, że wezmę udział w tym wydarzeniu, a za niecałe 2 dni przy sprzyjających wiatrach przekroczę metę na błoniach Stadionu Narodowego i wyląduję na moim "Księżycu możliwości".

Cóż za emocje!
Trwa ładowanie komentarzy...