O autorze
Łukasz Skawiński - biegowy parweniusz i sportowy ignorant. Jedyny polski biegacz-amator dysponujący predyspozycjami i umiejętnościami w tym zakresie analogicznymi do zdolności Usaina Bolta w pchnięciu kulą. Dzielnie walczący "przeciwko przeciwnościami losu" entuzjasta zawodów, których głównym celem jest dobra zabawa, odnajdujący w sporcie sposób na ucieczkę od codziennej bieganiny i jednocześnie pogodzony z faktem obstawiania tyłów trzydziestolatek marzący po cichu o złamaniu magicznej granicy 40 minut na "dyszkę".
Prywatnie szczęśliwy mąż i przedsiębiorca wdrażający z zapałem nowe technologie w reklamie internetowej i z uporem maniaka ewangelizujący reklamodawców, znajomych i rodzinę na nadchodzącą rewolucję, symptomów której wyczekuje już od kilku lat. Człowiek renesansu lub przynajmniej średniowiecza, próbujący zrozumieć mechanizmy tego świata absolwent Wydziału Fizyki UW i Szkoły Głównej Handlowej, pasjonat historii, militariów i weekendowy gracz w paintballa występujący w barwach warszawskiej drużyny Pretorians. A po godzinach miłośnik dobrej whisky single malt, gier strategicznych oraz kultury hiszpańskiej.

… W tak pięknych okolicznościach przyrody… I niepowtarzalnej…

"Rejs", reż. Marek Piwowski
"Rejs", reż. Marek Piwowski Studio Filmowe Tor
Nie lubię masówek. Szczęśliwie dla mnie dorastałem w czasach, gdy socjalizm dogorywał i nie musiałem brać udziału w wiecach pochwalnych na cześć jedynie słusznego systemu oraz wykrzykiwać z udawanym entuzjazmem: "Parówkowym skrytożercom mówimy nie!".

Niemniej jednak wraz z nastaniem nowego porządku nabrałem typowo burżuazyjnych nawyków, zgubnych dla czystości ducha prawdziwego junaka i żeby schlebić swoim gustom zacząłem "bywać". Na koncertach, meczach i różnego typu wydarzeniach kulturalnych, na których permanentnie towarzyszyły mi nieprzebrane tłumy ludzi. Nie mogłem przez długi czas określić i wyłuskać z morza targających mną sprzecznych emocji, źródła dyskomfortu, jaki powodowało przebywanie w takim miejscu. Uprzedzając co bardziej żartobliwe komentarze dodam, iż powodem tegoż dyskomfortu nie był poziom gry dopingowanej przeze mnie drużyny, choć pierwotnie w tym kierunku biegły moje domysły, lecz liczba osób w promieniu kilkuset metrów ode mnie. Nie cierpię jednak na żadną postać antropofobii czy agorafobii, a jedynie wolę mniej zatłoczone lokacje.

Analogicznie staram się selekcjonować imprezy biegowe, w których biorę udział. Z tego tytułu w ciągu niecałego roku mojej przygody biegowej poznałem tak egzotyczne wydarzenia jak Zimowe Biegi Górskie w Warszawie, Bieg na szczyt w warszawskim wieżowcu Rondo1 czy kameralny Bieg Marszałka w Sulejówku lub Półmaraton Wiązowski. Oczywiście, co jakiś czas nachodzi mnie nieprzeparta ochota sprawdzenia czy na pastwisku obok trawa przypadkiem nie jest bardziej zielona i zapisuję się na "masówki", gdzie organizatorzy prześcigają się w doniesieniach o liczbie uczestników. O ile w zeszłym sezonie moje przewidywania odnośnie koloru trawy nie potwierdziły się i Biegnij Warszawo okazał się chybionym pomysłem, tak w tym roku udział w Półmaratonie Warszawskim był trafną decyzją.

Ostatnia niedziela marca A.D. 2014 była wręcz wymarzonym dniem na bieganie - niebo bezchmurne, temperatura umożliwiająca przywdzianie letniego zestawu treningowego i wszechogarniająca atmosfera wiosennego pikniku. Ludzi prawdziwe mrowie. Jednak dzięki naprawdę dobrej organizacji i lokalizacji startu oraz mety na błoniach Stadionu Narodowego nie czułem tego ogromu ludzi, a liczby w tym zakresie są faktycznie imponujące - prawie 13.000 nadanych numerów startowych i 11.215 osób na starcie. Trasa była ciekawie poprowadzona ulicami centrum Warszawy, a na szczególną uwagę zasługuje niewielka zmiana w stosunku do zeszłorocznej edycji - podbieg na skarpę warszawską odbywał się malowniczą ulicą Agrykola zamiast ulicą Belwederską, dzięki czemu miałem szansę biec aleją Tomasza Hopfera przez Łazienki Królewskie. Jedynym mankamentem, na jaki zwróciłem uwagę, to moim zdaniem zbyt mała liczba punktów nawadniania i ich nie najlepsza organizacja, co doskwierało zwłaszcza w ten słoneczny dzień.

Nie mniej jednak dla mnie możliwość biegania półmaratonu zamkniętymi na tę okazję ulicami Warszawy w grupie naprawdę dobrych zawodników ma nie tylko wymiar rywalizacji i chęci podniesienia sobie poprzeczki jeszcze wyżej, ale przede wszystkim jest okazją na spojrzenie na moje miasto z zupełnie innej perspektywy i podziwianie jego uroków "… W tak pięknych okolicznościach przyrody… I niepowtarzalnej…" cytując Rejs Marka Piwowskiego.

Cieszę się, że idąc wbrew swoim przyzwyczajeniom wziąłem udział w tym wydarzeniu, gdyż nie tylko udało mi się poprawić swój rekord życiowy na tym dystansie (1:39:47), ale również zrozumiałem pilną potrzebę wymiany moich butów biegowych, co pod koniec trasy jasno zakomunikowały mi moje stopy. Ale o tym w kolejnej odsłonie mojej biegowej opowiastki.