"Im krwawsza bitwa, tym słodsze zwycięstwo"

Wstępniaki i wprowadzania zawsze kojarzą mi się ze szkoleniami wyjazdowymi, gdzie wrzucony w obce środowisko muszę zrobić odpowiednie entrée żeby w kilku zdaniach zawrzeć całego siebie i przy okazji nie wyjść na większego bufona niż jestem w rzeczywistości. Zwłaszcza w takich sytuacjach jeszcze bardziej doceniam uroki biegania, gdzie nic nie muszę i to, że wkładam buty biegowe i wychodzę z domu jest zarówno moim świadomym wyborem i każdorazowym zwycięstwem nad wewnętrznym leniwcem, który wszelkimi dostępnymi środkami próbuje mnie przekonać, że idealnie wyprofilowana sofa, cudownie aromatyczne piwo i spokój domowego zacisza nijak nie może się mierzyć z monotonią biegu i kolejnych kilometrów nabijanych na Endomondo. A ja bardzo lubię wygrywać...

Od zawsze uważałem, że bieganie jest nudne, pozbawione finezji i polotu, przez co broniłem się jak tylko mogłem przed założeniem biegowych butów i wyruszeniem na bieżnię, choć wielokrotnie na przestrzeni lat niejedna osoba wskazywała, iż mam predyspozycje ku temu. Zapewne sytuacja trwałaby po dziś dzień i z politowaniem patrzyłbym zza okna swojego samochodu na tych wariatów, co w śniegu i w deszczu pokonują kolejne kilometry na treningach, gdyby pewnego kwietniowego wieczoru A.D. 2013 moja ukochana żona tonem nie znoszącym sprzeciwu nie zakomunikowała: "Wkładasz buty i za 5 minut widzimy się na zewnątrz". Łatwo nie było. Z jednej strony wygodna sofa otulająca mnie ciepłem swojego poszycia, a w przeciwnym narożniku łagodnie nagabująca do wyjścia żona - iście dramatyczna konfrontacja, której nie powstydziliby się scenarzyści "Mody na sukces". Suspens godny Mickiewicza, Mrożka i losowania lotto. Szczegóły tej batalii pozostaną owiane tajemnicą po wsze czasy, jednakże efekt, jak zapewne można się domyślić, jest taki, iż od prawie roku biegam, a na swoją rocznicę mam zamiar przebiec Orlen Warsaw Marathon.

Rok to jednocześnie dużo i mało czasu. Dużo, bo w takim czasie można popełnić i odpokutować wszystkie grzechy biegacza - od pychy, przez lenistwo a na zazdrości skończywszy. Mało, bo z perspektywy czasu zawsze można wytknąć sobie, że należało jeszcze więcej krwi i potu wycisnąć na bieżni aby móc urwać jeszcze minutę z końcowego wyniku. Jednak wszystkie doświadczenia biegowe, zarówno te dobre jak i te złe, uświadomiły mi jedną, bardzo ważną rzecz, która ma bezpośrednie przełożenia na życie codzienne - cokolwiek robisz, nie poddawaj się. Konsekwencja, którą najtrudniej w sobie wykrzesać przynosi zawsze najlepsze rezultaty, a nagroda czekająca na końcu każdej drogi smakuje tym lepiej im więcej drobnych, wręcz prozaicznych, sukcesów w walce z tą ikoniczną sofą się wygra. Cytując Arystotelesa: "Im krwawsza bitwa, tym słodsze zwycięstwo".

Czytaj także...