Powtórka z rozrywki, czyli posttraumatyczne przemyślenia po OWM.

Kurz po bitwie opadł. Szampan zwycięzców wypity. Ciała konających przed linią końcową sprzątnięte. Świat się kręci dalej i to, co się zdarzyło w trakcie tych 42,195 km pamiętnego dnia 13 kwietnia A.D. 2014 pozostanie jedynie w nogach i głowach 5816 zawodników i zawodniczek, którzy ukończyli ten bieg. Miesiąc „po” to dobry czas na wyciąganie wniosków - doświadczenie wciąż świeże, ale już patrzy się na nie z nieco odleglejszej perspektywy.

W swoim poprzednim wpisie, jaki miałem przyjemność popełnić na łamach natemat.pl, wspomniałem, iż Orlen Warsaw Marathon był moim debiutem na królewskim dystansie i jednocześnie ukoronowaniem rocznej przygody z bieganiem. Nie umiem jednak jednoznacznie stwierdzić, czy w zamieszczonej tam relacji z ostatnich kilometrów umiejętnie przekazałem, jaka ilość przysłowiowej krwi i potu została tam wylana. Niemniej jestem pewien, że nawet połączone zdolności literackie Elizy Orzeszkowej, Oscara Wilde i Marka Twaina nie byłby w stanie oddać prawdziwej dramaturgii, jaka się rozgrywa na ostatnich kilometrach każdego maratonu.

I choć wszystkie mądre głowy powtarzały mi, że „prawdziwy” maraton rozpoczyna się dopiero po 30 kilometrze, to do momentu minięcia znacznika z takowym kilometrażem nie rozumiałem prawdziwego znaczenia tych słów. A niestety nawet nie słowo, nie każda sylaba lub nawet litera w tym truizmie boli, lecz każda litera z osobna tworząca tę myśl. Nikt, kto choć raz nie zmierzył się z tym dystansem i nie dał z siebie maksimum możliwości, nie będzie w stanie utożsamić się z emocjami, które tutaj próbuję ubrać w słowa. Żadne z biegowych doświadczeń niezależnie czy będzie to przebiegnięcie półmaratonu, czy kilku „dyszek” w jednym sezonie jest nieporównywalne do biegu maratońskiego. Oczywiście nie planuję i nie mam zamiaru pisać dytyrambów na jego cześć, jednak każdej osobie, która zamierza wypowiedzieć się lub napisać choć jedno słowo na ten temat, niezależnie czy będzie miało negatywne czy pozytywne zabarwienie, sugeruję zmierzenie się z dowolnie wybranym maratonem aby mieć po temu jakąkolwiek legitymizację. A mówię to z perspektywy dobrze przygotowanej do startu osoby, która nie zaniedbywała treningów i ciężko przepracowała na bieżni cały zimowy sezon, a do startu podeszła z należytą pokorą. Po butnym pyszałku, któremu jeszcze klika miesięcy wstecz wydawało się, że maraton to „tylko" dwukrotnie dłuższy półmaraton, śladu nie było.

Niezależnie od powyższego i tak przyszło mi odrobić pod koniec biegu bolesną lekcję pokory. Tak, żebym dobrze sobie zapamiętał tę naukę na długie lata, jeśli znowu przyjdzie mi do głowy start w kolejnym maratonie. A wiem, że przyjdzie, bo gonić króliczka, który zawsze jest o krok, o minutę, o kilometr przede mną, nie potrafię przestać. Tyle, że w kolejnym etapie gonitwy będę bogatszy o cały bagaż doświadczeń, jakie wyniosłem z kwietniowego biegu. I jeszcze lepiej przygotowany, bo szybkie bieganie nie bierze się z "chciejstwa" i predyspozycji, ale regularnej i nierzadko monotonnej pracy na treningach, tydzień po tygodniu. Tak jak w codziennym życiu - możesz liczyć na "złoty strzał" i wygraną w Lotto, ale szybciej majątek zgromadzisz zakasując rękawy i zabierając się do pracy.
Trwa ładowanie komentarzy...